**************
ZABIĆ
ZBOCZEŃCA!
r. 1
Wszystko
zaczęło się od choinki. Michał wracał właśnie z pracy. Był zimny, marcowy
poranek, a słońce jeszcze nie wstało, chociaż robiło się już całkiem widno.
Michał był naprawdę zmęczony, bo cała noc przerzucał ciężkie worki z cementem w
pobliskiej hurtowni budowlanej. Fucha jak każda inna. Szkoda tylko, że
dorywcza, ale nie narzekał. Nie miał przecież żadnego wyboru. Żyć za coś
trzeba. Wlókł się do domu, kuląc się z zimna i podnosząc kołnierz zniszczonej
kurtki, co nie wiele jednak pomagało. Zima niby nie była w tym roku ostra, ale
po prawie bezśnieżnym i ciepłym styczniu, oraz deszczowym lutym, nagle na
początku marca pogoda jakby przypomniała sobie jaka jest pora roku. Zrobiło się
zimno, mimo braku śniegu, a może właśnie dlatego i temperatura spadał o kilka
kresek poniżej zera. Mężczyzna zacisnął zęby i włożył zmarznięte, pokryte
cementowym pyłem dłonie do kieszeni, by je trochę ogrzać. Wtedy zobaczył w
oknie ogromnej, starej willi choinkę.
Dziwne! –
Pomyślał. – Prawie połowa marca, a tu jeszcze choinka?
W naszym
pięknym, pełnym tradycji, chrześcijańskim kraju ludziska zazwyczaj chowają
choinki na drugiego lutego. Ci mniej wierzący nawet już po Trzech Królach. A tu
choinka i to przystrojona. Przystanął i wyjął z kieszeni pomiętą paczkę
papierosów. Zostały dwa. „To cię zaprowadzi do grobu!” ostrzegała go kiedyś
jego żona, lata świetlne temu, w innych,
dobrych jeszcze czasach. Wyjął jednego papierosa i zapalił zapałkę drżącymi
dłońmi. Zerknął raz jeszcze na okna willi. Dom wyglądał na opuszczony. Brudne
okna, zaniedbane podwórze, obok starego pojemnika na śmieci walał się
plastykowy worek z którego wysypała się sterta mokrych, zbutwiałych liści. Choinkę
widać było wyraźnie, bo firanka, równie brudna co okno, była odsunięta do połowy.
Bombki i łańcuchy były skurzone i robiły smutne nieco wrażenie. Pewnie
właściciele domu zaraz po świętach wyjechali, nie dbając o porządek. Może
pracują za granicą, a do domu przyjeżdżają tylko od święta? Co się dziwić? W
dzisiejszych czasach to norma. Masa ludzi wyjeżdża z kraju za chlebem. Wielu z
nich nigdy tu już nie wraca, a tylko nieliczni decydują się żyć „na dwa fronty”
balansując pomiędzy dobrze płatną, choć ciężką pracą poza krajem, a wracaniem
tu, gdy tylko mają okazję. I co ich tu tak gna z powrotem? Michał nie miał
pojęcia. Być może to rodzina, lub przyjaciele, a może po prostu tęsknota?
Zaciągając się po raz ostatni, rzucił peta na asfalt i ruszył raźno przed
siebie. Na widok tej opuszczonej, zapomnianej choinki naszła go jednak refleksja.
Dali by ludziom w tym cholernym kraju zarobić po ludzku, to by nie musieli
wyjeżdżać za chlebem Bóg wie gdzie! Szedł dalej znaną trasą, wzdłuż szeregu
starych, przedwojennych willi, by zaraz potem skręcić w boczną uliczkę, przecinając tory tramwajowe, skierował się przez park ku wielkiemu
blokowisku. Tam, pomiędzy
siedmiopiętrowe wieżowce stała wciśnięta, jakby zapomniana, stara trzypiętrowa
kamienica w której mieszkał. Nikt z jej mieszkańców nie wiedział czemu właśnie
to ich kamienica zachowała się pomiędzy tymi PRL-owskimi blokami. Nie zburzono
jej chyba tylko dlatego, że jej właścicielem był ponoć jakiś niemiecki burżuj,
który oddał swoją czynszówkę pod zarząd spółdzielni, jednak z zachowaniem prawa
własności. Czynsz był na szczęście tu niski, bo dom był stary i z piecowym
ogrzewaniem, dawno nie remontowany. Stojące dookoła betonowe bloki patrzyły
jakby z odrazą czy dezaprobatą na stojącego między nimi, starszego, niższego
kolegę. Podobnie śmiesznie musiał by chyba wyglądać starszy, zgarbiony człowiek,
między młodymi, rosłymi facetami, w pełni sił. Zawiało i Michał zadrżał. Bardzo
chciał być już w domu. Zmęczenie dawało mu się we znaki, odciskając kolejne
piętno na jego nie młodej twarzy. Podkrążone, zapadnięte oczy ciężko
pracującego, byłego alkoholika. Spierzchnięte od mrozu usta i pożółkłe od
tytoniu palce. Poprzetykane licznymi siwymi już pasmami, kasztanowe włosy były
na szczęście jednak jeszcze tak gęste, jak kiedyś. To zobaczył w lustrze, w
przedpokoju, kiedy przekroczył próg swojego domu. W mieszkaniu było cholernie zimno. Nie miał
za bardzo czym palić. Nie stać go było na taki luksus jak węgiel, choć mieszkał
w kraju, który ponoć węglem stał. Tyle, że było on wciąż strasznie drogi.
Ostatni z trzech worków jakie kupił za bezcen od handlarzy na czarno, ten
zbierany na hałdach, dawno już ziajał pustką. Piec kaflowy, nieco przydymiony i
obity, stał zimny i dawno nie widział w swoim wnętrzu grama ognia ni ciepła.
Nic to! Zaraz się walnie do wyra, nakryje dwoma kołdrami i kocem. Prześpi cały
ten chłód i głód, bo lodówka jak zawsze ziajała pustką. Może w południe zrobi
się cieplej? Może jutro szef da aby ze dwie dyszki? Praca na czarno nie była
szczytem jego marzeń, ale lepsza taka, niż żadna. Ze wstydem wspominał niedawne
czasy, kiedy to łaził po śmietnikach i zbierał puszki, by było choć na chleb.
Menel – mówili wtedy o nim często ludzie, ale co oni tam mogli wiedzieć? Niech
by byli w jego skórze choć kilka dni. Dzięki opiece społecznej miał prąd i
zapłacony czynsz i czasami jak była wydawka, to jeszcze coś więcej w szafkach
kuchennych niż kurz. Nic więcej w sumie nie potrzebował. No może jeszcze tytoń
na skręty, bo nie stać go było na prawdziwe papierosy. Kiedy zasłaniał szare od
brudu kotary zobaczył, że w oknie naprzeciwko, w jednym z bloków, na trzecim
piętrze pali się światło. Za Chiny ludowe nie umiał sobie przypomnieć kto tam
mieszka. Cóż! Jedni wstają do pracy, inni z niej wracają. Rozebrał się, włożył
stary dres w którym sypiał i walnął do łóżka, zakopując się w zimnej pościeli.
Już po chwili w całym mieszkaniu dało się słyszeć jego chrapanie.
***
Dwa dni
potem, kiedy wracał z kolejnej nocki, choinka nadal stała jak stała. Teraz
jednak pasowała już nieco lepiej do otoczenia, bowiem zima znów dała się we
znaki i zesłała na zadymiony Śląsk śnieg.
Dość pokaźna warstwa świeżego puchu przykryła wszystko dookoła, aż żal było
bezcześcić te idylliczną, dziewiczą wręcz biel. Michał pomyślał sobie, że
lepiej by było gdyby zima nie była taka hojna, choć śnieg przyniósł nieznaczne
ocieplenie, on jednak nadal marzł, głównie z niedospania. W domu czekał go ten
sam chłód, jednak na szczęście wczoraj szef jak obiecał, kapnął groszem i
Michał zrobił małe zakupy. W pobliskim spożywczaku, gdzie nie raz się brało „na
krechę”, przeważnie wódę i piwo, kupił tym razem jedzenie i małą paczkę
tytoniu. Teraz jest na odwyku, od dwóch lat
nie pił już wcale. Życie tak mu dało w kość, że z trudem się pozbierał
po tych ciosach. Sam sobie uświadamiając, że jak tego nie zrobi, to skończy w
rynsztoku. Lub dwa metry pod ziemią. Udało mu się jakoś otrząsnąć, głowinie
dzięki silnej woli, a trochę dzięki pomocy sąsiadki. Mieszkała naprzeciw
niego od dwóch lat. Przyprowadziła się
tam razem z córką, bo mąż ją zostawił. Była sama i dzielnie sobie radziła,
pracując na dwa etaty. Sama też wychowywała nastoletnia córkę. Dzieciak był
równie w porządku co i matka, która nie raz wspomagała go w biedzie, a to
pożyczając na wieczne nieoddanie parę groszy, a to częstując obiadem czy kawą.
Nigdy jednak nie wchodził do jej domu, czystego i pachnącego zawsze świeżym
praniem i dobrym jedzeniem. Wstydził się. Był z lekka trochę zaniedbany, nie
przez pijaństwo czy lenistwo, raczej przez biedę i tę wieczną harówkę za kilka
marnych groszy. Pani Marzenka, bo tak miała na imię miła sąsiadka, nie miała
pojęcia, ze to przez jej dobre serce zapisał się na odwyk i jakoś się trzymała
już te dwa lata. Żył jednak nadal na granicy ubóstwa, bo pracy nie było, a on
nie miał już nawet prawa do zasiłku. Dlatego dorabiał na czarno. Starł się
jednak nie popaść z powrotem w nałóg. Praca, choć lewa, bardzo mu w tym
pomagała. Teraz szedł znów znajomą drogą, tak samo zmęczony jak zawsze. Jednak
myśl o porządnym śniadaniu i pełna paczka papierosów, które skręcił sobie
wieczorem, sprawiały, że miał o wiele lepsze nastawienie do świata. Podchodząc pod dom usłyszał
charakterystyczny skrzyp wózka dziecięcego, a już po chwili zachrypnięty, jakby
zakatarzony głos zapytał.
- Panie
Michale, pan da papierosa, co?
Przy wózku,
bardzo już zdewastowanym i załadowanym po brzegi przeróżnym gratami, stał
starszy gościu, ubrany w brudne łachmany. Nie było widać co tak na prawdę ma na
sobie. Był to miejscowy „szperacz” jak nazywano biedaków szukających w
pojemnikach na śmieci a to puszek, a to kartonów czy innych rzeczy, przydatnych
tylko im, choćby do palenia w piecu. Coś o tym wiedział przecież!
- A witam
panie Wiśniowiecki. – Wydobył z kieszeni paczkę skrętów i podał staremu.
Ten brudnymi
łapami, obleczonymi w przedarte mocno wełniane rękawice bez palców, wyłuskał z
paczki jednego papierosa.
- Bóg
zapałać panie Michale. – Powiedział, po czym założył se papierosa za ucho, pod
czapkę i sięgnął po drugiego. – Skręcane co? – Wsunął go sobie pomiędzy brudne
i spierzchnięte usta.
Michał
wzruszył ramionami, podając mu ognia, sam zapalił.
- Takie
czasy panie Wiśniowiecki, takie czasy. Dziękować opatrzności, że aby na takie
mnie stać.
Pan
Wiśniowiecki, choć Michał nie był pewny, czy naprawdę się tak nazywa, spojrzał
na niego ze zrozumieniem.
- Durna ta
pogoda, pisa jego melodia! Buty całe przemoczyłem w tej breji. Posypał pan
dozorca dziś hojnie i od razu taka chlapa, że nogi mokre. Znów reumatyka mnie
złapie i jak tu zbierać i na chleb zarobić?
Michał
spojrzał na nogi swego towarzysza. Faktycznie to co się na nich znajdowało, nie
jak nie przypomniało butów. Obtoczone jakimiś szmatami, powiązane sznurkiem,
ledwo się kupy trzymały. W taka pagodę staruszek w takich kapciach łazi? Ścisnął
go nagły żal i litość, bo sam nie tak dawno też nie wyglądał wiele lepiej.
- Panie
Wiśniowiecki, a jaki rozmiar nogi pan masz?
- Rozmiar?
–zdziwił się stary.
- No, bo –
Michał odwrócił wzrok, zażenowany. A nuż się staruszek obrazi?
- Co bo?
Gadaj pan po ludziku panie Michale.
Wymawiał to
„panie Michale” niczym Zagłoba w Trylogii Sienkiewicza. To zawsze bawiło
mężczyznę. Starszy pan w niczym jednak Zagłoby nie przypominał. Chudy był jak
patyk, niski i zgarbiony, czego teraz pod tą warstwą brudnych łachmanów nie
było aż tak widać. Jednak Michał znał go już od dawna i wiedział o nim co nie
co. Jego też nie oszczędziła twarda rzeczywistość.
-Zaczeka pan
chwilę, ja zaraz wrócę – i bez zbędnego tłumaczenia pognał do domu jakby mu się
pod stopami paliło.
Staruszek
spojrzał za nim i poczłapał w stronę
otoczonych metalową wiata pojemników na śmieci. Było ich tam sześć, ale tylko
trzy mieściły się we wiacie z daszkiem, trzy stały poza nią. Wiśniowiecki
postawiwszy swój wózek obok wiaty, wszedł najpierw do środka, by zacząć przeszukiwać te kontenery,
co stał w środku. Do tych na zewnątrz zajrzy potem, bo dwa z nich miały otwartą
klapę i zasypane były warstwą śnieżnego puchu. Wyjął z wózka specjalny kij jaki
miał do tej roboty i odsunął klapę pierwszego z nich.
***
Michał wpadł
do mieszkania, jak wicher. Pognał w butach do szafy stojącej w pokoju i wydobył
z jej dna stare, choć jeszcze całkiem dobre buty. Wrzucił je do reklamówki z
Tesco i pobiegł z powrotem, pełen obaw, czy zastanie staruszka jeszcze na dole.
Zwolnił dopiero kiedy zobaczył stojący obok wiaty wózek i usłyszał
pogwizdywanie starego.
- Panie
Wiśniowiecki – zagadnął podchodząc.
- A! A pan
znów tu, panie Michale! Co tym razem?
- Buty panu
przyniosłem! Całkiem dobre jeszcze, tylko czy będą pasować?
Michał
poczuł się głupio kiedy stary nawet nie spojrzał na niego. Dziwne to było
jakieś. W śmieciach nie wstydził się grzebać, a pomoc od innych przyjąć nie
chciał? Mężczyzna stał zrezygnowany, nie wiedząc co teraz począć i myśląc, że
uraził staruszka. Ten bez słowa otworzył kolejną kalpę i cofnął się nieco.
- No kurwa
rzesz! Ale smród! Co też ci ludzie na śmietnik nie wyrzucą! Pan spojrzy panie
Michale! No nie wierzę oczom moim! Co też to może być?
Michał
ponaglany zdziwieniem starego, niechętnie wszedł do wiaty i od razu poczuł ten
smród, jakby gnijącego mięsa. Przez chwilę myślał, że to jakieś zdechłe
zwierzę, lub ktoś wyrzucił do pojemnika stare, surowe mięso, ale nic z tych
rzeczy. To co ukazała się jego oczom, wywołała nie tylko mdłości, ale i przerażenie.
Z pojemnika wystawała ludzka ręką. Michał zasłonił usta dłonią i podszedł nieco
bliżej.
- To chyba
jakiś manekin, czy co? A na cholerę takie rzeczy w domu trzymać, a potem na
śmietnik wyrzucać? Co to ludziom do łba przychodzi?
Pan
Wiśniowiecki już miał sięgnąć po wystającą rękę, kiedy Michał krzyknął, sam nie
poznając swojego głosu.
- Niech pan
tego nie rusza! To chyba nie jest manekin!
Anna Crevan Sznajder
Zaciekawiłaś mnie. Co to za ciało? Rozwiniesz ten temat? Bedzie ciąg dalszy?
OdpowiedzUsuń