Tej nocy po
raz ostatni trzymałem ją w ramionach. Tego byłem pewien. Całując ją i szepcząc
czułe słowa, wiedziałem, że to po raz ostatni. Za nic nie przyznałbym, nawet
przed sobą, jak ogromny ból zadawał mi mijający czas. Czy nie można go jakoś zatrzymać?
Czy nie było sposobu, bym zatrzymał ją w ramionach na zawsze? Tylko moją, dla
mnie? Drżała z rokoszy, ale ciche łzy bólu, tego nie fizycznego, spływał po jej
ślicznej twarzy. Jak miałem go ukoić, skoro sam cierpiałem podobnie? Kochałem ją do szaleństwa i równie mocno pragnąłem.
A myśl, że już rano odejdzie, by nigdy tu już nie wrócić, była nie do zaakceptowania.
Całowałem każdą łzę, spływającą po jej policzkach. Cudne usta miały słony smak,
a rozkosz wyjątkowy oddźwięk zatracającej się wręcz rozpaczy. Czułem to. W
sobie, w niej. W otaczającym nas powietrzu. W każdym cichym westchnieniu i w smaku jej
łez. Miłość bolała, ale nie chciałem inaczej. Była moim sercem, moim życiem,
moim powietrzem. Była wszystkim. I wszystko to miałem stracić bezpowrotnie. Nie
mogąc już nie zrobić, pieściłem ją, coraz bardziej zatracając się w niej.
Jak narkoman na głodzie, który zażywa śmiertelną dawkę, wiedząc, że skona.
Nadziej umiera ponoć ostatnia, bardzo powolną, długą i bolesną śmiercią. Trzymając
ją tak i tuląc ze wszystkich sił, szeptałem cicho, z trudem powstrzymując
drżenie głosu.
- Kocham
Cię. Jesteś moim powietrzem. Jesteś…
- Koi…Shite
kudasai…
- Nie mogę
milczeć…Nie dziś i nie teraz…
-Ale ja…
- Ciii… Wiem
maleńka…
Zamknąłem
pocałunkiem wszystkie jej wątpliwości i obawy. Chcąc rozkoszą zagłuszyć, to co
w nas głasnęło tej nocy. Znikało bezpowrotnie. Z każdą sekundą. Czułem to wszystkim
zmysłami . Każdą komórką ciała. Jak bardzo zapadła mi w serce i w duszę. Kiedy
płakała z rozkoszy, kolejny raz, przeżywając z nią to cudowne uniesienie, cicho
wyznałem.
- Moja dusza
pachnie tobą, a serce każdym biciem należy tylko do ciebie. Zostań ze mną…
Rozpłakała
się.
- Koichan!
Wiesz, że nie mogę!
Odwróciła
głowę. Odsunęła się ode mnie. Zabolało. Za bardzo.
- Jak mam
żyć bez ciebie? Jak mam oddychać ? Ann, ja…
Usiadłem, chowając
twarz w dłoniach. Nie chciałem, by widziała moje łzy, które z trudem powstrzymywałem.
Drgnąłem, kiedy niespodziewanie przytuliła mnie mocno.
- Wiesz, że
też cię kocham…i ile kosztuje mnie to wyznanie i fakt, że muszę wyjechać, ale… choć
wiem, że tego nie zrozumiesz, nie mogę postąpić inaczej.
- Chciałbym.
Tak bardzo bym chciał zrozumieć. Czemu nie powiesz mi wszystkiego?
Pocałowała
mnie czule i słodko. Ująłem jej twarz w dłonie, przedłużając te chwilę.
- Nie mogę…
to boli, ale nie mogę. Podobnie, jak nie mogę już tu zostać.
- Czy to
moja wina?
Jak
cierpiałem widząc, jak te piękne oczy zachodzą znów łzami. Nic nie rzekła,
przełykając je cicho.
- Maleńka…
Pocałowałem
ją i już nie przestawałem, dopóki nie topniała znów pod moimi pieszczotami. Do
świtu było tak mało czasu, a mimo to zatracałem się po raz kolejny. Chciałem
być tym jedynym. Być ostatnim, który trzymał ją w ramionach. Nie liczyłem na
cud. A świt nadszedł zbyt szybko.
- Jak mam żyć
bez ciebie? – zapytałem sam siebie, odprowadzając wzrokiem samolot, który
zabrał ją mi na zawsze.
Nie
wiedziałem!
***
Anna Crevan Sznajder
***

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz