wtorek, 10 października 2017

Zabić zboczeńca - czyli nie dokończone opowiadanie.

Mam mnóstwo pomysłów, lepszych lub gorszych, a moja wena to bardzo kapryśna muza. Wrzucę Wam jeszcze dziś początek opowiadania jakie gdzieś tam czeka w folderze, bym je kiedyś skończyła! Może się doczeka! Miał być tytuł jak w temacie postu, ale sama już nie jestem pewna. A wszystko się zaczęło od choinki. PS - tekst surowy, nie korygowany - liczę na wyrozumiałość! 
**************

ZABIĆ ZBOCZEŃCA!
r. 1
Wszystko zaczęło się od choinki. Michał wracał właśnie z pracy. Był zimny, marcowy poranek, a słońce jeszcze nie wstało, chociaż robiło się już całkiem widno. Michał był naprawdę zmęczony, bo cała noc przerzucał ciężkie worki z cementem w pobliskiej hurtowni budowlanej. Fucha jak każda inna. Szkoda tylko, że dorywcza, ale nie narzekał. Nie miał przecież żadnego wyboru. Żyć za coś trzeba. Wlókł się do domu, kuląc się z zimna i podnosząc kołnierz zniszczonej kurtki, co nie wiele jednak pomagało. Zima niby nie była w tym roku ostra, ale po prawie bezśnieżnym i ciepłym styczniu, oraz deszczowym lutym, nagle na początku marca pogoda jakby przypomniała sobie jaka jest pora roku. Zrobiło się zimno, mimo braku śniegu, a może właśnie dlatego i temperatura spadał o kilka kresek poniżej zera. Mężczyzna zacisnął zęby i włożył zmarznięte, pokryte cementowym pyłem dłonie do kieszeni, by je trochę ogrzać. Wtedy zobaczył w oknie ogromnej, starej willi choinkę.
Dziwne! – Pomyślał. – Prawie połowa marca, a tu jeszcze choinka?
W naszym pięknym, pełnym tradycji, chrześcijańskim kraju ludziska zazwyczaj chowają choinki na drugiego lutego. Ci mniej wierzący nawet już po Trzech Królach. A tu choinka i to przystrojona. Przystanął i wyjął z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. Zostały dwa. „To cię zaprowadzi do grobu!” ostrzegała go kiedyś jego żona, lata  świetlne temu, w innych, dobrych jeszcze czasach. Wyjął jednego papierosa i zapalił zapałkę drżącymi dłońmi. Zerknął raz jeszcze na okna willi. Dom wyglądał na opuszczony. Brudne okna, zaniedbane podwórze, obok starego pojemnika na śmieci walał się plastykowy worek z którego wysypała się sterta mokrych, zbutwiałych liści. Choinkę widać było wyraźnie, bo firanka, równie brudna co okno, była odsunięta do połowy. Bombki i łańcuchy były skurzone i robiły smutne nieco wrażenie. Pewnie właściciele domu zaraz po świętach wyjechali, nie dbając o porządek. Może pracują za granicą, a do domu przyjeżdżają tylko od święta? Co się dziwić? W dzisiejszych czasach to norma. Masa ludzi wyjeżdża z kraju za chlebem. Wielu z nich nigdy tu już nie wraca, a tylko nieliczni decydują się żyć „na dwa fronty” balansując pomiędzy dobrze płatną, choć ciężką pracą poza krajem, a wracaniem tu, gdy tylko mają okazję. I co ich tu tak gna z powrotem? Michał nie miał pojęcia. Być może to rodzina, lub przyjaciele, a może po prostu tęsknota? Zaciągając się po raz ostatni, rzucił peta na asfalt i ruszył raźno przed siebie. Na widok tej opuszczonej, zapomnianej choinki naszła go jednak refleksja. Dali by ludziom w tym cholernym kraju zarobić po ludzku, to by nie musieli wyjeżdżać za chlebem Bóg wie gdzie! Szedł dalej znaną trasą, wzdłuż szeregu starych, przedwojennych willi, by zaraz potem skręcić w  boczną uliczkę, przecinając tory tramwajowe,  skierował się przez park ku wielkiemu blokowisku.  Tam, pomiędzy siedmiopiętrowe wieżowce stała wciśnięta, jakby zapomniana, stara trzypiętrowa kamienica w której mieszkał. Nikt z jej mieszkańców nie wiedział czemu właśnie to ich kamienica zachowała się pomiędzy tymi PRL-owskimi blokami. Nie zburzono jej chyba tylko dlatego, że jej właścicielem był ponoć jakiś niemiecki burżuj, który oddał swoją czynszówkę pod zarząd spółdzielni, jednak z zachowaniem prawa własności. Czynsz był na szczęście tu niski, bo dom był stary i z piecowym ogrzewaniem, dawno nie remontowany. Stojące dookoła betonowe bloki patrzyły jakby z odrazą czy dezaprobatą na stojącego między nimi, starszego, niższego kolegę. Podobnie śmiesznie musiał by chyba wyglądać starszy, zgarbiony człowiek, między młodymi, rosłymi facetami, w pełni sił. Zawiało i Michał zadrżał. Bardzo chciał być już w domu. Zmęczenie dawało mu się we znaki, odciskając kolejne piętno na jego nie młodej twarzy. Podkrążone, zapadnięte oczy ciężko pracującego, byłego alkoholika. Spierzchnięte od mrozu usta i pożółkłe od tytoniu palce. Poprzetykane licznymi siwymi już pasmami, kasztanowe włosy były na szczęście jednak jeszcze tak gęste, jak kiedyś. To zobaczył w lustrze, w przedpokoju, kiedy przekroczył próg swojego domu.  W mieszkaniu było cholernie zimno. Nie miał za bardzo czym palić. Nie stać go było na taki luksus jak węgiel, choć mieszkał w kraju, który ponoć węglem stał. Tyle, że było on wciąż strasznie drogi. Ostatni z trzech worków jakie kupił za bezcen od handlarzy na czarno, ten zbierany na hałdach, dawno już ziajał pustką. Piec kaflowy, nieco przydymiony i obity, stał zimny i dawno nie widział w swoim wnętrzu grama ognia ni ciepła. Nic to! Zaraz się walnie do wyra, nakryje dwoma kołdrami i kocem. Prześpi cały ten chłód i głód, bo lodówka jak zawsze ziajała pustką. Może w południe zrobi się cieplej? Może jutro szef da aby ze dwie dyszki? Praca na czarno nie była szczytem jego marzeń, ale lepsza taka, niż żadna. Ze wstydem wspominał niedawne czasy, kiedy to łaził po śmietnikach i zbierał puszki, by było choć na chleb. Menel – mówili wtedy o nim często ludzie, ale co oni tam mogli wiedzieć? Niech by byli w jego skórze choć kilka dni. Dzięki opiece społecznej miał prąd i zapłacony czynsz i czasami jak była wydawka, to jeszcze coś więcej w szafkach kuchennych niż kurz. Nic więcej w sumie nie potrzebował. No może jeszcze tytoń na skręty, bo nie stać go było na prawdziwe papierosy. Kiedy zasłaniał szare od brudu kotary zobaczył, że w oknie naprzeciwko, w jednym z bloków, na trzecim piętrze pali się światło. Za Chiny ludowe nie umiał sobie przypomnieć kto tam mieszka. Cóż! Jedni wstają do pracy, inni z niej wracają. Rozebrał się, włożył stary dres w którym sypiał i walnął do łóżka, zakopując się w zimnej pościeli. Już po chwili w całym mieszkaniu dało się słyszeć jego chrapanie.

*** 
Dwa dni potem, kiedy wracał z kolejnej nocki, choinka nadal stała jak stała. Teraz jednak pasowała już nieco lepiej do otoczenia, bowiem zima znów dała się we znaki  i zesłała na zadymiony Śląsk śnieg. Dość pokaźna warstwa świeżego puchu przykryła wszystko dookoła, aż żal było bezcześcić te idylliczną, dziewiczą wręcz biel. Michał pomyślał sobie, że lepiej by było gdyby zima nie była taka hojna, choć śnieg przyniósł nieznaczne ocieplenie, on jednak nadal marzł, głównie z niedospania. W domu czekał go ten sam chłód, jednak na szczęście wczoraj szef jak obiecał, kapnął groszem i Michał zrobił małe zakupy. W pobliskim spożywczaku, gdzie nie raz się brało „na krechę”, przeważnie wódę i piwo, kupił tym razem jedzenie i małą paczkę tytoniu. Teraz jest na odwyku, od dwóch lat  nie pił już wcale. Życie tak mu dało w kość, że z trudem się pozbierał po tych ciosach. Sam sobie uświadamiając, że jak tego nie zrobi, to skończy w rynsztoku. Lub dwa metry pod ziemią. Udało mu się jakoś otrząsnąć, głowinie dzięki silnej woli, a trochę dzięki pomocy sąsiadki. Mieszkała naprzeciw niego  od dwóch lat. Przyprowadziła się tam razem z córką, bo mąż ją zostawił. Była sama i dzielnie sobie radziła, pracując na dwa etaty. Sama też wychowywała nastoletnia córkę. Dzieciak był równie w porządku co i matka, która nie raz wspomagała go w biedzie, a to pożyczając na wieczne nieoddanie parę groszy, a to częstując obiadem czy kawą. Nigdy jednak nie wchodził do jej domu, czystego i pachnącego zawsze świeżym praniem i dobrym jedzeniem. Wstydził się. Był z lekka trochę zaniedbany, nie przez pijaństwo czy lenistwo, raczej przez biedę i tę wieczną harówkę za kilka marnych groszy. Pani Marzenka, bo tak miała na imię miła sąsiadka, nie miała pojęcia, ze to przez jej dobre serce zapisał się na odwyk i jakoś się trzymała już te dwa lata. Żył jednak nadal na granicy ubóstwa, bo pracy nie było, a on nie miał już nawet prawa do zasiłku. Dlatego dorabiał na czarno. Starł się jednak nie popaść z powrotem w nałóg. Praca, choć lewa, bardzo mu w tym pomagała. Teraz szedł znów znajomą drogą, tak samo zmęczony jak zawsze. Jednak myśl o porządnym śniadaniu i pełna paczka papierosów, które skręcił sobie wieczorem, sprawiały, że miał o wiele lepsze nastawienie do  świata. Podchodząc pod dom usłyszał charakterystyczny skrzyp wózka dziecięcego, a już po chwili zachrypnięty, jakby zakatarzony głos zapytał. 
- Panie Michale, pan da papierosa, co?
Przy wózku, bardzo już zdewastowanym i załadowanym po brzegi przeróżnym gratami, stał starszy gościu, ubrany w brudne łachmany. Nie było widać co tak na prawdę ma na sobie. Był to miejscowy „szperacz” jak nazywano biedaków szukających w pojemnikach na śmieci a to puszek, a to kartonów czy innych rzeczy, przydatnych tylko im, choćby do palenia w piecu. Coś o tym wiedział przecież!
- A witam panie Wiśniowiecki. – Wydobył z kieszeni paczkę skrętów i podał staremu.
Ten brudnymi łapami, obleczonymi w przedarte mocno wełniane rękawice bez palców, wyłuskał z paczki jednego papierosa.
- Bóg zapałać panie Michale. – Powiedział, po czym założył se papierosa za ucho, pod czapkę i sięgnął po drugiego. – Skręcane co? – Wsunął go sobie pomiędzy brudne i spierzchnięte usta.
Michał wzruszył ramionami, podając mu ognia, sam zapalił.
- Takie czasy panie Wiśniowiecki, takie czasy. Dziękować opatrzności, że aby na takie mnie stać.
Pan Wiśniowiecki, choć Michał nie był pewny, czy naprawdę się tak nazywa, spojrzał na niego ze zrozumieniem.
- Durna ta pogoda, pisa jego melodia! Buty całe przemoczyłem w tej breji. Posypał pan dozorca dziś hojnie i od razu taka chlapa, że nogi mokre. Znów reumatyka mnie złapie i jak tu zbierać i na chleb zarobić?
Michał spojrzał na nogi swego towarzysza. Faktycznie to co się na nich znajdowało, nie jak nie przypomniało butów. Obtoczone jakimiś szmatami, powiązane sznurkiem, ledwo się kupy trzymały. W taka pagodę staruszek w takich kapciach łazi? Ścisnął go nagły żal i litość, bo sam nie tak dawno też nie wyglądał wiele lepiej.
- Panie Wiśniowiecki, a jaki rozmiar nogi pan masz?
- Rozmiar? –zdziwił się stary.
- No, bo – Michał odwrócił wzrok, zażenowany. A nuż się staruszek obrazi?
- Co bo? Gadaj pan po ludziku panie Michale.
Wymawiał to „panie Michale” niczym Zagłoba w Trylogii Sienkiewicza. To zawsze bawiło mężczyznę. Starszy pan w niczym jednak Zagłoby nie przypominał. Chudy był jak patyk, niski i zgarbiony, czego teraz pod tą warstwą brudnych łachmanów nie było aż tak widać. Jednak Michał znał go już od dawna i wiedział o nim co nie co. Jego też nie oszczędziła twarda rzeczywistość.
-Zaczeka pan chwilę, ja zaraz wrócę – i bez zbędnego tłumaczenia pognał do domu jakby mu się pod stopami paliło.
Staruszek spojrzał za nim  i poczłapał w stronę otoczonych metalową wiata pojemników na śmieci. Było ich tam sześć, ale tylko trzy mieściły się we wiacie z daszkiem, trzy stały poza nią. Wiśniowiecki postawiwszy swój wózek obok wiaty, wszedł najpierw do  środka, by zacząć przeszukiwać te kontenery, co stał w środku. Do tych na zewnątrz zajrzy potem, bo dwa z nich miały otwartą klapę i zasypane były warstwą śnieżnego puchu. Wyjął z wózka specjalny kij jaki miał do tej roboty i odsunął klapę pierwszego z nich.
***  
Michał wpadł do mieszkania, jak wicher. Pognał w butach do szafy stojącej w pokoju i wydobył z jej dna stare, choć jeszcze całkiem dobre buty. Wrzucił je do reklamówki z Tesco i pobiegł z powrotem, pełen obaw, czy zastanie staruszka jeszcze na dole. Zwolnił dopiero kiedy zobaczył stojący obok wiaty wózek i usłyszał pogwizdywanie starego.
- Panie Wiśniowiecki – zagadnął podchodząc.
- A! A pan znów tu, panie Michale! Co tym razem?
- Buty panu przyniosłem! Całkiem dobre jeszcze, tylko czy będą pasować?
Michał poczuł się głupio kiedy stary nawet nie spojrzał na niego. Dziwne to było jakieś. W śmieciach nie wstydził się grzebać, a pomoc od innych przyjąć nie chciał? Mężczyzna stał zrezygnowany, nie wiedząc co teraz począć i myśląc, że uraził staruszka. Ten bez słowa otworzył kolejną kalpę i cofnął się nieco.
- No kurwa rzesz! Ale smród! Co też ci ludzie na śmietnik nie wyrzucą! Pan spojrzy panie Michale! No nie wierzę oczom moim! Co też to może być?
Michał ponaglany zdziwieniem starego, niechętnie wszedł do wiaty i od razu poczuł ten smród, jakby gnijącego mięsa. Przez chwilę myślał, że to jakieś zdechłe zwierzę, lub ktoś wyrzucił do pojemnika stare, surowe mięso, ale nic z tych rzeczy. To co ukazała się jego oczom, wywołała nie tylko mdłości, ale i przerażenie. Z pojemnika wystawała ludzka ręką. Michał zasłonił usta dłonią i podszedł nieco bliżej.
- To chyba jakiś manekin, czy co? A na cholerę takie rzeczy w domu trzymać, a potem na śmietnik wyrzucać? Co to ludziom do łba przychodzi?
Pan Wiśniowiecki już miał sięgnąć po wystającą rękę, kiedy Michał krzyknął, sam nie poznając swojego głosu.
- Niech pan tego nie rusza! To chyba nie jest manekin!


 Anna Crevan Sznajder 

1 komentarz:

  1. Zaciekawiłaś mnie. Co to za ciało? Rozwiniesz ten temat? Bedzie ciąg dalszy?

    OdpowiedzUsuń