piątek, 29 września 2017

ZAPACHY ŻYCIA...

Wyszła z pracy dość późno, bardzo już zmęczona. Zamykając za sobą kutą, metalową, pomalowana na brudną zieleń furtkę, od razu to poczuła.
Zapach lata! Znacie to? Ten nikły, subtelny aromat, który daje się wyczuć od razu, gdy tylko w czerwcowy wieczór wyjdzie się na zewnątrz
Mimo zmęczenia, bo harowała przecież ciężko przez ponad dwie godziny, uśmiechnęła się. Może dlatego, że zapach ten nieodzownie kojarzył jej się z dzieciństwem i wolnością? Kiedy życie było jeszcze proste i pozbawione ciężaru odpowiedzialności. Kiedy o nic nie trzeba było się martwić. Zapach suchego siana. Nagrzanego od słońca powietrza. Z lekką już nuta chłodu nadchodzącej nocy, który czaił się skromnie, tuż przed nadchodzącym zmierzchem. Słońce zachodziło za jej plecami, kładąc przed nią na brukowanym chodniku cień prawie dwa razy dłuższy, niż ona sama.
Zapach ciepłych cegieł takich, które to wystawione były na żar przez cały dzień, nie zaznawszy grama cienia. Opalali się w nim dumne i niewzruszone, nie przejmując się tym, że dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie słońce, wiatr i destrukcyjny czas skazuje na unicestwienie. Mur oglądający probostwo był stary, ponad stuletni, pamiętał pewnie lepsze czasy. Pikniki parafialne, zabawy na trawie, skąpane w słońcu niskie grusze i jabłonie. Śmiech dzieci biegnących do domu po niedzielnej mszy i dostojny dźwięk dzwonów.
Zamknęła oczy, by lepiej poczuć ten złudny powiew echa dawnej beztroski. Jak bardzo chciałaby być teraz gdzie indziej. Chciałaby być w ukochanych górach. Usiąść na stoku, na zielonej łące przed schroniskiem.
Idąc, rozmyślała o tym, jak bardzo ma dość tego wszystkiego. Zabieganego, spracowanego życia. Odwiecznych, nigdy się nie kończących problemów, głównie finansowych. Pogarszającej się z każdym dniem atmosfery w pracy i rutyny.
Co dzień to samo. Wstawanie o czwartej rano. Powrót o 14. Potem dom, druga praca, powrót wieczorem. Czasami była tak zmęczona że nie miała siły nawet herbaty pogryźć.
Sypialnia zaledwie po kilka godzin a nade wszystko harówki. Ciężkiej i fizycznej, takiej którą czuła w swoim przecież już nie młodym ciele.
To sobie ostatnio uświadamiała coraz częściej. 45 lat! Pół życia. Może nawet więcej niż pół? Może koniec przyjdzie szybciej? Zważywszy preferencje zdrowotne. Rodzice oboje chorzy na serce i oboje po ciężkich zawałach.
Zdawała sobie sprawę że tryb jej życia, praca i ciągły stres nieuchronnie pchają ją ku takiemu końcowi. A życie ucieka. Tonąc w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, napawają się tak dziś intensywnym zapachem lata, zapragnęli zmiany.
Czuła już od dłuższego czasu nie że jeśli czegoś nie zmieni, będzie żałować. Ta myśl dojrzewają w niej i kiełkowała od dawna. Rosła niczym zasilane kiedyś ziarenka, które puściwszy pierwsze pędy, troszkę zaniedbane, ale rzucone na dobry podatny grunt.
Motorem do działania mógł być rozwód jaki przeszła niedawno, z półtorej roku wcześniej. Ale czuła że to jeszcze nie jest to. Ze to dopiero furtka do czegoś nowego.
Jednak ona wciąż stała po drugiej stronie bojąc się nacisnąć klamkę i przekroczyć próg. Choć drzwi kusiły.
Bardzo. Dziś czuła to wyjątkowo silnie.
Może to ogromne zmęczenie z jakim nie miała już sił walczyć? Może perspektywa spędzenia lat w tej samej szarej codzienności, dopóki starość całkowicie przykuje ją do fotela czy łóżka? Lub zdrowie nadszarpnięte i zaniedbane wreszcie upomnienia się o uwagę zawałem czy inną chorobą?
Tęsknota za czymś nieuchwytnym, czymś na kształt wolności, ale nie tej fizycznie, była wyjątkowo silna. Taką wolność oznaczało dla niej wyrwanie się z tej matni w jakiej tkwiła. Spalenie za sobą doszczętnie wielu mostów. Zmiana! Totalna, radykalna, nagła.
Ale przemyślana. A może i nie? Tego jeszcze nie wiedziała. Trochę ryzyka nigdy nie zawadzi. Kto nie ryzykuje nie wygrywa. Kto nie próbuje, nie dowie się czy się uda.
Pośród takich rozmyślań doszła wreszcie do skrzyżowania. Market był po drugiej stronie ulicy. Czekając na zielone, domaga wciąż jeszcze nad tym wszystkim. Westchnęła. Czas wracać do rzeczywistości. Szybkie zakupy i powrót do domu. Pewnie znów będzie do nocy nadrabiała domowe zaległości.

Anna Crevan Sznajder



1 komentarz: